Środa, listopad 9th, 2011 | Kinga Nurska
Od wczoraj Google zaprasza zakładania stron firmowych.Takowe posiadają już Burberry, Angry Birds, Save the Children, Chelsea FC, czy McDonalds. Powód zainteresowania Google+? Przede wszystkim, duzi marketerzy liczą, że konkurencja z Mountain View zmobilizuje ekipę Zuckerberga do większych usprawnień. Już teraz G+ podniósł poprzeczkę m.in. poprzez unikalną możliwość video - interakcji z konsumentami (”hangouts”), nie mówiąc o zwykłej edycji postów…
Tymczasem chcę się zapytać - czym tak naprawdę jest G+ i po co nam ta platforma. I dlaczego Google tak usilnie testował społeczności, aż w końcu udało mu się z sukcesem jedną odpalić.
Ciekawe wyjaśnienie znajdziemy w prezentacji Vincenta Wong:
Facebook to McDonalds social mediów. Google Plus nie jest lepszym Facebookiem, ani mikroblogiem G+ to nie tylko platforma streamingowa. “+1″ nie jest nowym “like”, tj. koła /circles/ nie są substytutem list lub grup. G+ to przeniesienie wszystkiego do tzw. chmury. Zobaczcie górną belkę Plusa. Co tam macie? Gmail, kalendarz, dokumenty, zdjęcia, czytnik, odnosnik do sieci i więcej.

To praktycznie wszystko, czego zwykły użytkownik używa lub trzyma na swoim komputerze.
Vincent wspomina w swojej prezentacji o teorii Błękitnych oceanów (czerwone oceany - znana wszystkim przestrzeń rynkowa, z dużą konkurencją - aby mieć swój udział w niej, trzeba walczyć. Błękitne oceany to nieznane rynki, na których jest mniej konkurencji). W zależności od tego, jak pojmujemy social media, czyli:
a) jako miejsce do aktualizacji statusów, meldowania się, zaprzyjaźniania, śledzenia znajomych, kontaktowania się z nimi, komentowania, lubienia etc. - czyli dzielenia tym, co robimy, dokonywania zakupów, informowania o decyzjach i sympatiach resztę świata - traktujemy social media jako czerwony ocean
b) jako możliwość współpracy z innymi, dzielenia się i wymiany alikacjami oraz różnego typu platformami i danymi - myślimy o błękitn ym oceanie.
Krótko mówiąc: Googe + polega na współpracy i dzieleniu się, z użyciem zarówno aplikacji (na różnych sprzętach), jak i przeglądarek tradycyjnych i mobilnych.
Według Wonga, G+ nie jest konkurencją dla FB (prawie miliard użytkowników vs 50 mln)czy Twittera. Kto powinien się martwić?
Microsoft(który dumnie i szumnie próbuje zawłaszczyć sobie cloud computing) i poniekąd Apple (zagrożenie dla Mac App Store).
A na koniec, filmik od Google, o zmianach w G+:
wiecej | brak komentarzy
Piątek, listopad 4th, 2011 | Kinga Nurska
5 prawd, wybranych spośród 13 przykazań Amber Naslund, w nawiązaniu do mojego poprzedniego artykułu.
1. Pomiar social media jest problemem, jeśli nie mierzysz nic innego. Social media to przyjazne i proste środowisko do zbierania danych. Prawdziwym wyzwaniem jest powiązanie ich z innymi informacjami i przygotowanie analizy w połączeniu z danymi o innych elementach budujących wizerunek/sprzedaż marki. Pisałam zresztą o tym już w tekście “Mierzenie świadomości w social media”.
2. Istotniejsze od pomiaru aktywności jest mierzenie rezultatów. Powołując się znowu na wyżej podlinkowany tekst, powtarzamy jeszcze raz - liczba fanów na Facebooku wynika z aktywności ich gromadzenia. Rezultatem tej aktywności są konkretne akcje fanów - zapisanie się na newsletter, zapytanie o usługę etc. To są rezultaty i te przede wszystkim warto mierzyć.
3. W związku z powyższym punktem, należy pamiętać, że to cele wyznaczają pomiar. Cele muszą być mierzalne (najpopularniejsza metoda pozwalająca na określanie mierzalnych celów to SMART lub - przyjaźniejsza dla realizatorów - SMARTER). Sformułowanie celu samo może już wyznaczyć miary.

4. Przyczyna to nie to samo, co korelacja. Korelacja to współzależność zjawisk, przyczyna zaś powoduje, że coś się wydarzy. Intensywna kampania w social media i następujący po niej wzrost leadów to korelacja, sama kampania nie jest przyczyną - aby to udowodnić, trzeba by było prześledzić każdy zdobyty lead. Co jest możliwe praktycznie wyłącznie w warunkach laboratoryjnych - warto mieć tego świadomość.
5. Raport nie jest wynikiem. To dopiero plan, sugesti, czy robić w dalszym ciągu to, co do tej pory, czy też zmodyfikować swoje działania. Zawierający zbyt wiele danych raport jest nieużyteczny - dobry raport to dobra interpretacja danych, zawierająca kluczowe przełożenie na rzeczywistość biznesową. Nie są istotne więc np. liczba przedruków, ale Twoja sugestia, o czym to świadczy i w jaki sposób możesz to wykorzystać.
Reasumując: zebranie danych nie jest trudne. Szczególnie w przypadku mediów społecznościowych (tak często określanych jako niemierzalne[sic!]). Dobry PRowiec potrafi wyciągnąć wnioski z nich, przygotowując odpowiednią (najczęściej autorską) metodologię i ją realizując. Wyniki jego pracy muszą mieć przełożenie na skonkretyzowaną rzeczywistość biznesową.
W końcu po to jest PR, nieprawdaż?
wiecej | brak komentarzy
Sobota, październik 29th, 2011 | Kinga Nurska
1. Spokojnie radzi sobie na 10 cm szpilkach, niosąc laptopa i sprawdzając pocztę przez komórkę
2. Żartuje ze współpracownikami, szczególnie dużo, kiedy ma dużo pracy i stresujący dzień
3. Ciągle odpowiada na teksty w stylu „dla informacji prasowej nie ma miejsca w biznesie”, „dlaczego dali takie moje zdjęcie”, „ten dziennikarz skrócił moją wypowiedź!”
4. Człowiek – multitasking. 18 otwartych zakładek przeglądarki, dwie skrzynki pocztowej, kilka artykułów w trakcie redakcji na jego laptopie to norma. W międzyczasie smsuje na zmianę z klientem i znajomymi dziennikarzami.
5. Wie więcej o stylu API niż Microsoft, bo regularnie bywa w dziale IT.
6. Zasypia z komórką pod poduszką.
7. Pracę zawsze zaczyna w domu, od kawy i sprawdzenia newsów branżowych.
8. Nie potrafi czytać, pisać lub słuchać jakiegokolwiek medium bez analizy, czy jego Klient nie powinien tam być.
9. Jest pierwszą osobą, która w przypadku problemów, zaprzecza im i mówi o „nowych wyzwaniach”
10. Cały dzień próbuje dostosować do kilku list z rozkładem i zadaniami dnia. Najczęściej zaczyna jednak dochodzić do nich dopiero po 16. Albo później.
Źródło i inspiracje: praca własna, http://www.prdaily.com/Main/Articles/8027.aspx
wiecej | brak komentarzy
Poniedziałek, wrzesień 12th, 2011 | Kinga Nurska
Pokłosiem polskich zaszłości historycznych (doktryna komunistyczna) jest widoczna różnica pomiędzy kadrą kierowniczą i jej pomocnikami, a resztą zatrudnionych. Dawniejsza promocja wyolbrzymionej roli robotników w państwie, na rzecz których miał działać cały społeczny i gospodarczy establishment, wyszła rykoszetem tym pierwszym – nowe pokolenie solidnie wykształconej kadry nie może do końca pozbyć się do nich pewnej niechęci. Jak jednak twierdzą Seitel Fraser i Goban Klas w swojej książce „Public Relations w praktyce”, nieprawdą jest, że szeregowych pracowników nie interesuje strategia firmy, ani żadne informacje o niej. Autorzy książki opisują swoje doświadczenia, gdy pracowali w ramach agencji PR podczas zakupowych starań Nestle względem Goplany. Powodzenie oferty prywatyzacyjnej zależało od tego, czy uda się przekonać pracowników firmy Goplana (ponad 3 tysiące osób), że oferta Nestle jest korzystniejsza od konkurencji.
Jak wspominają Fraser i Klas, większość polskich pracowników i doradców Nestle, nie doceniła zainteresowania załogi całym procesem przekształceń własnościowych ich firmy. Na szczęście odmienne zdanie miała ich agnecja PR, która wydrukowała trzy tysiące egzemplarzy 3-stronnicowego listu firmy Nestle do pracowników Goplany i rozdała go pracownikom przychodzącym na pierwszą zmianę.Kierownictwo Nestle uważało to za stratę czasu i papieru, sądząc, że prostym robotnikom nie będzie się chciało czytać listu.
Stało się jednak inaczej. Po kilku minutach od rozdania listu, praca w fabryce ustała.Wszyscy pracownicy, jak jeden mąż, zaczęli czytać list, a następnie postanowili przedyskutować go z innymi. Nestle udało się pozyskać dodatkowe źródło informacji (poza kierownictwem Goplany) i partnerów do rozmowy. Bezpośrednia rozmowa z pracownikami przyśpieszyła, a nawet – jak sądzą niektórzy – umożliwiła firmie wziąć udział w prywatyzacji
Ważne: Nestle kupiło Goplanę w 1994roku, w 2004r. sprzedało firmę spółce Jutrzenka
wiecej | brak komentarzy