Chcąc wyciągnąć z Google Analytics Unikalnych Użytkowników dla określonych fraz w wyszukiwarkach tworzymy raport niestandardowy. Może on wyglądać np. w ten sposób:
Po kliknięciu w odpowiednie źródło mamy wówczas widok na listę fraz. Chcąc wiedzieć ilu użytkowników odwiedziło stronę poprzez daną frazę, po prostu klikamy w nią. Przy dużej ilości fraz odfiltrowujemy listę fraz wpisując na dole w containing: fraza (dla dopasowania szerokiego) lub ^fraza$ (dla dopasowania dokładnego). Przy dopasowaniu szerokim by móc odfiltrować frazy brandowe dodajemy warunek excluding: fraza brandowa. Tu pojawia się problem. Po odrzuceniu fraz brandowych GA podaje, zamiast sumy wszystkich unikalnych użytkowników dla wybranych w dopasowaniu szerokim fraz, liczbę wszystkich UU dla wybranego źródła np. Google organic. Aby uniknąć ręcznego liczenia, rezygnujemy z dodania warunku excluding w filtrze i tworzymy prosty segment, który będzie nam odfiltrowywał frazy brandowe z wyszukiwań. Oto jak on może wyglądać:
Teraz już tylko wybieramy stworzony segment, jeszcze raz wpisujemy w containing frazę i mamy sumę UU w dopasowaniu szerokim do frazy bez brandu. Koniec miniszkolenia.
Flash nigdy nie był ulubioną technologią tworzenia stron internetowych wśród osób zajmujących się SEO. Podstawową przyczyną takiego stanu rzeczy było problematyczne indeksowanie przez roboty wyszukiwarek treści w dokumencie SWF. Robot długi czas nie był w stanie przeczytać tekstu, zagnieżdżonego w animacji flashowej, widział tylko wskazane przez kod HTML miejsce, gdzie znajduje się plik o rozszerzeniu .swf.
Jeszcze kilka lat temu pozycjonowanie strony opartej w całości o flasha skupiało się prawie tylko i wyłącznie na tagu <title> i ograniczało się do jednej, maksymalnie dwóch fraz kluczowych.
Niektórzy pozycjonerzy (w tym niżej podpisana, która sama była wtedy zielona w tym temacie jak kabaczek i zwyczajnie bała się robić SEO dla Flasha) rozmowy z potencjalnymi klientami zaczynali nawet od subtelnej perswazji: „a może przerobilibyśmy to na HTML?” – co przy okazji było też całkiem dobrą podstawą do zgarnięcia kilku stówek za zrobienie zupełnie nowej strony.
Można się raczej bez problemu domyśleć - o ile nie mamy problemu z myśleniem ogólnie i nie jest poniedziałek rano- kto na tym tracił. Właściciel technologii Flash, czyli kiedyś Macromedia, a obecnie Adobe.
Wyobraź sobie, że należy do Ciebie technologia umożliwiająca strzelanie seriami wizualnych fajerwerków, jesteś z niej dumny i zadowolony, a ludzie mówią, że tak, śliczne, ale wyszukiwarka nie widzi, tylko my możemy popatrzeć – i popatrzymy, ale dziękujemy, używać nie będziemy. Można się zdenerwować, prawda? Adobe od dawna myślało nad rozwiązaniem tego palącego problemu, w efekcie czego powstał Ichabod, zwany bezgłowym Flash Playerem lub jeszcze bardziej z angielska Flash Player for search. Swą nazwę kodową zawdzięcza Ichabodowi Crane’owi, głównemu bohaterowi znanej brytyjskiej powieści „The legend of the Sleepy Hollows”. Tak, dziewczyny, macie rację, w filmie grał go Johnny Deep.
Od 2008 roku Google pracuje nad algorytmem pozwalającym indeksować treści Flasha, z menu, przycisków i banerów stron zbudowanych częściowo w tej technologii. Od zarania prace polegają na integrowaniu z algorytmem wyszukiwawczym interfejsu Flash Playera i bibliotek SWF Searchable Libraries wdrożonych przez Adobe. Treści widziane dla użytkownika, łącznie z URLami są zaczytywane przez robota i używane jako drogowskazy do dalszej wędrówki po witrynie – tak jak w przypadku stron zbudowanych przy użyciu HTML. Dotyczy to tylko plików SWF, pliki FLA nie zawierają bowiem treści tekstowej. Wskazuje to pewien sposób postępowania w przypadku, kiedy nie chcemy, by pewne elementy były widoczne dla wyszukiwarki: możemy zastąpić tekst obrazkiem Więcej na temat tego, co działo się w pracach Google i Adobe nad indeksowaniem Flasha, znajdziemy na Oficjalnym Blogu Google Webmaster Central.
O zmianach i nowościach związanych z Ichabodem donosił na swoim blogu ewangelista Adobe Duane Nickull. Szczególnie warte uwagi jest opublikowane przez niego wideo o wiele mówiącym tytule „Ichabod Works”. Pokazuje ono, że mimo iż zawsze dostęp do tekstu w plikach flashowych był co najmniej trudny, dzięki innowacyjnemu pomysłowi Adobe możliwe jest wykrycie wszystkich stanów, jakie plik SWF może przyjąć w czasie wykonywania aplikacji. Robot nie wchodzi w głąb pliku, a „ogląda go” na tej samej zasadzie, co użytkownik.
W momencie, kiedy robot indeksujący napotka na swojej drodze przycisk, Ichabod – będąc faktycznie Flash Playerem, tyle, że przeznaczonym dla robotów – spróbuje uruchomić akcję, jaka zostałaby wykonana, gdyby wcisnął go użytkownik. Umożliwi to dojrzenie wszystkich jak dotąd ciemnych i niezbadanych przez wyszukiwarki zakamarków dokumentów stworzonych we Flashu.
Używając Ichaboda, zobaczymy również wszystkie teksty i obrazki ze strony wykonanej w innej technologii Adobe – Flex.
Ichabod może być kamieniem milowym, jeśli chodzi o indeksowanie plików SWF. Wciąż jednak nie wiadomo, ile tej treści zostanie zczytane i jak będzie ważona przez wyszukiwarkę. Możemy tylko zgadywać w jaki sposób i w jakim stopniu Ichabod przyczyni się do zmian w SERPach na korzyść (?) stron wykonanych we Flashu.
Wszystkim PHP Web developerom przy okazji życzę, aby – jeśli nastąpi druga młodość Flasha – klienci nie zaczęli dzięki Ichabodowi tracić dla niego głowy.
Jak mawiała jedna z moich wielu ciotek, pokorne cielę dwie matki ssie – więc Flash developerom życzę czegoś zupełnie przeciwnego.
- nie ma ograniczeń indeksacji typu noindex,
- nie ma bana, filtra itp.
- ma PR4
- istnieje od ok. roku
- posiada wiele backlinków
nie była indeksowana ?
Odpowiedź brzmi: TAK.
Kiedy taka sytuacja może mieć miejsce?
Załóżmy, że taką podstroną jest www.strona.pl/cukierki. W przypadku, gdy www.strona.pl posiada przekierowanie 302 (!) na wspomnianą wcześniej podstronę www.strona.pl/cukierki, wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że w indeksie Google będziemy mieli zaindeksowany dokument - www.strona.pl, a nie www.strona.pl/cukierki. Pomimo tego, iż na blogu Matta Cuttsa kilka lat temu mogliśmy znaleźć informację, że Google coraz rzadziej pokazuje adres źródłowy przy przekierowaniach 302 i preferuje pokazywanie adresu docelowego oraz:
“We are moving to a framework for handling redirects in which we will almost always show the destination url.”
to nadal może być nam serwowany właśnie adres źródłowy, z którego pochodzi destynacja. Sprawdzone empirycznie. Zaznaczę, że Matt Cutts mógł w tym przypadku mówić jedynie o przekierowaniach do innych domen, nie jest to jedoznaczne.
Dzisiaj na naszym kursie dla tych, co w SEO na początku będzie o linkach, link juice, linkbait i Linkistanie.
Zaczynamy!
Po co komu te linki?
Bez linków ani rusz. Mogą być wewnętrzne, albo zewnętrzne. Wewnętrzne umożliwiają przechodzenie na inne nasze podstrony z nowymi informacjami. Zewnętrzne to linki z innych stron, które odsyłają do nas.
Nie chodzi tylko o to, żeby przyciągnąć ruch na swoją stronę. Na linkach opiera się prawie całe SEO, reszta opiera się na tekstach, w których też są linki. Linkowanie wewnętrzne sprawia, że roboty nie utkną gdzieś na twojej podstronie bez możliwości powrotu, zaś zewnętrzne zwiększa szansę na wymarzoną wysoką pozycje w Google. Jest tak, gdyż nasza pozycja zależy od linków, a moc przekazywana przez nie (link juice) jest walutą Googla. Żeby mieć więcej tej waluty musisz mieć więcej link juice z domen, które same mają dużą moc.
Jakie linki są nam potrzebne w SEO?
W sumie to każde, ale warto zwrócić uwagę na:
#1: Różnorodność, czyli lepsze są po 2 linki z różnych IP, niż 100 linków z jednej domeny (najlepiej, jeżeli strony będę istotnych dla twojego biznesu).
#2: Istotność, czyli ważne jest, że:
• domena linkująca ma podobny temat
• jej zawartość przemawia do twojej grupy docelowej
• ma interesujące nas słowa kluczowe
• link odsyła do najbardziej odpowiedniej strony docelowej (i w ogóle działa)
• przekazuje nam jakąkolwiek moc (w przeciwieństwie do bezużytecznych linków rel=”nofollow”)
Z punktu widzenia SEO mniej ważne jest, żeby anchor linku nie był wobec nas nadmiernie krytyczny, bo link to link, nawet, jeżeli w anchorze jest „kretyn”, lub „zobaczcie, jakie kuriozum – tracę rozum”. Spróbujcie to jednak wytłumaczyć swojemu szefowi. Najprościej sprawdzić to wszystko w źródle strony linkującej.
#3: Ważność (obiektywna), czyli nie ma większego lansu niż link do naszej domeny z jakiś wypasionych stron np. takich, które budzą zaufanie poprzez .gov lub .edu w domenie, nie mówiąc o linku z Search Engine Journal czy Occam’s Razor.
#4: Ilość. W SEO z linkami jest tak, że jeśli jest ich dużo… to sami wiecie. Nec Hercules contra plures.
#5: Głębokość. Upewnij się, że stosujesz linkowanie głębokie, bo wtedy można się łatwiej zaindeksować. Obejrzyj prezentację o zaletach indeksacji głębokiej.
Jak zdobywa się linki zewnętrzne do naszej strony?
#1: Linkbait - spraw, żeby strona była linkowalna poprzez
• atrakcyjną treść
• pozbycie się ograniczeń technicznych (np. braku możliwości komentowania bloga)
Zastanów się, jaka treść zdobywa najwięcej linków i jak dotrzeć do potencjalnych linkujących.
Wspomnij o kimś na swoim blogu i zlinkuj, a wtedy ta osoba zwykle pochwali się i odlinkuje.
Poproś, bo jesteśmy ludźmi i jak poprosisz właściciela jakiejś strony, żeby cię podlinkował to pewnie się zgodzi. W najgorszym wypadku się wymień. Bądź cierpliwy i opracuj sobie system.
Przestań być snobem, który każdy link ogląda 2 razy. Im więcej, tym weselej. Oczywiście nie dotyczy to tych domen, które snobami być muszą, bo im inaczej nie wypada, albo które nie mają możliwości tworzenia ciekawej treści. Nie przesadź też kiepskimi linkami, bo posądzą cię o Black SEO.
#2: Jeżeli masz ochotę na jazdę po bandzie, to zaprzyjaźnij się z preclami, oraz katalogami i innymi spamerskimi technikami SEO. Pamiętaj, że robisz to na własną odpowiedzialność i że ostrzegałam.
#3: Postaw na social media i bogactwo linków, jakie może ci dać zwiększony ruch, który zastępuje reklamę.
W świecie idealnym jest tak, że mamy świetną treść na stronie i wszyscy bardzo chętnie do nas linkują. Jest to naturalny i dobrowolny proces. W świecie realnym linki stały się towarem. To znaczy, że można je …
#4: … kupić, założyć sweatshop w Linkistanie, podłączyć się pod SWL. Disclaimer taki sam jak w punkcie 2, czyli sam sobie będziesz winien, jeżeli się nie uda.
#5: sam sobie narysuj. Stwórz własne zaplecze, aby zdobyć linki z tekstów. Przeczytaj nasz tekst o budowaniu zaplecza.
#6: Ostatnia złota rada: Nie trać czasu na budowanie linków, których tak naprawdę nic ci nie dają, np. 3 dni na zdobycie linku ze strony, która nie jest wysoko w rankingu to o 3 dni za dużo.
Otóż dosyć sporo. Ma bezpośredni wpływ na to ile klikamy w daną pozycję w SERPach. Jak to się dzieje? Spójrzcie na poniższy wykres pochodzący z artykułu na seoresearcher.com, przedstawiający m.in. procent kliknięć w daną pozycję na pierszej stronie wyników wyszukiwania Google.
Badanie to było robione w 2006r. Chciałbym abyście zwrócili uwagę na procent kliknięć na miejscu 7 (0.36%). Skąd ten niski wynik?
Poniższa tabelka pokazuje ilość widocznych wyników wyszukiwania przy danych rozdzielczościach, bez przewijania belki pionowej (stary layout Google, bez PPC, bez universal search):
W okresie, w którym przeprowadzano badanie praktycznie nie używano rozdzielczości ekranów, które kończyłyby się na 7 wyniku/pozycji (co będzie widać w niżej umieszczonych statystykach). Nie dziwi więc fakt, że użytkownicy spoglądali i klikali w pozycje 6, ewentualnie zjeżdżali na dół i klikali na spodzie SERPów.
Poniżej przedstawiam wykresy pokazująco kolejno jak zmieniały się rozdzielczości użytkowników w poszczególnych, ostatnich latach. Wykresów tych nie należy uważać za reprezentatywne. Mają one jedynie dawać pewien obraz sytuacji.
Rozdzielczości ekranu, maj 2007
Rodzielczość ekranu, maj 2008
Rozdzielczości ekranów, maj 2009
Rozdzielczości ekranu, kwiecień 2010
Co pokazują nam te statystyki? W maju 2007 ok. 73% użytkowników używało rozdzielczości, która pozwalała im widzieć nie więcej niż 6 pierwszych wyników, w maju 2008 było to ok. 72%, w maju 2009 - ok. 61%, w zeszłym miesiącu ok. 63%. Wzrost rozdzielczości postępował wraz z pojawianiem się panoramicznych monitorów 22 calowych i większych. Spadek z kolei to wzrost popularności netbooków.
Rozdzielczości, a czas obecny
Czy warto w ogóle patrzeć obecnie na rozdzielczości ekranów? W tej chwili trudno znaleźć SERPy, które nie zawierałyby universal search (obrazki, video, mapy, newsy itd.). Mało tego, trudno znaleźć SERPy nie zawierające linków sponsorowanych. Kilka dni temu zmienił się layout wyników wyszukiwania Google, zmieniając nieco ilość widocznych wyników dla określonych rozdzielczości. Dla nowego layout tabelka wygląda tak:
Rozdzielczości, nowy layout Google
Mniejsza liczba widocznych wyników przy najniższej rozdzielczości wynika z tego, że góra layoutu została poszerzona. Większe liczby przy kolejnych rozdzielczościach to wynik zagęszczenia obszaru wyniku wyszukiwań. Niemniej rozdzielczością ‘* x 600′ nie ma zbytnio sensu się przejmować. Liczba użytkowników, mających tak ustawiony ekran jest marginalna.
Pozostaje nadal postawione pytanie ‘czy warto..?’. Uważam, że tak. Nadal zdarzają się wyniki (nie znam niestety ich ilości) bez universal search, a jeżeli są, to należy na nie zwracać uwagę, także w kwestiach rozdzielczości. PPC nie wyświetla się wszystkim, adblockery skutecznie je blokują.
Warto pomyśleć do kogo kierujemy naszą stronę. Jeśli naszym targetem będą np. przedstawiciele handlowi, może wówczas warto skupić się na rozdzielczościach “netbookowych”. Pożądanymi miejscami wówczas 5 pierwszych pozycji w SERPach. Z kolei, jeśli ofertę kierujemy dla grafików, możemy się spodziewać, że będą oni widzieli wszystkie pozycje z top10. Często używają oni bowiem dużych monitorów.
Chciałbym, aby te przemyślenia były przeciwwagą dla głosów mówiących, że wprowadzenie obrazków, video, map i innych wyników do searchu, każe obierać sobie za cel, nie poszczególne pozycje, a 1 stronę wyszukiwań jako całość. Nadmienię dodatkowo, że nie wchodziłem w obszar mobile searchu, który może stanowić kolejny temat. Nie brałem też pod uwagę personalizacji, która nakazuje patrzeć na osiągnięcia poprzez efekt ruchu, a nie pozycji.