Archiwum dla ‘przemyślenia’ Kategorii
Czwartek, marzec 25th, 2010 | krzysztofn
Jeśli śledzicie różne portale branżowe to pewnie sprawę już znacie,więc nie będę rozwijał samego tematu, ale streszczę dla przyzwoitości. Następnie chciałbym skupić się nad tematem kampanii negatywnych w serwisach społecznościowych i nie tylko.
Generalnie chodzi o to, że aby pozyskać olej palmowy wycina się lasy deszczowe, a firma Nestle używa tego oleju do produkcji batonów KitKat.
Koniecznie sprawdźcie polską stronę greenpeace aby dowiedzieć się więcej.http://acr.pl/blog/2010/03/25/zamawiam-oczernienie-i-destrukcje-konkurenta-w-modelu-cpm-greenpeace-vs-nestle/
Z tym problemem związana jest akcja anty-Nestle.
Otóż po pierwszych nieprzychylnych wpisach na Facebook’u koncern ogłosił 18 marca że wszelkie wpisy ze zmienionym logo będą usuwane. Na wprowadzenie cenzury gremialnie zareagowali internauci bojkotując koncern, co zmusiło koncern do wystosowania oficjalnych przeprosin za takie praktyki.
Oczywiście zgadzam się z tym, że jest to całkowicie nieetyczne, haniebne, ale sądzę, że nie jest to jedyna firma, która ma olej palmowy z podobnych źródeł. Jednak domyślam się, że nie jest to odosobniony przypadek i ciekawe jest dlaczego inne koncerny nie są krytykowane. Na stronie Greenpeace możemy przeczytać o poprawie polityki koncernu Unilever ale na pewno sprawa wymaga głębszej analizy.
Z tego co się orientuję to większość słodyczy posiada w swoim składzie olej palmowy, a jednak Greenpeace skupiło się na krytyce jednego koncernu. Można by podejrzewać Greenpeace o jakieś zyski, lecz podobno jest to jedyna firma z eco10 (10 największych organizacji ekologicznych), która nie wzięła żadnych pieniędzy.
Teraz przejdźmy do rzeczy.
Facebook - nowe odkrycie większości marketerów w Polsce, ma jednak swoją Ciemną Stronę Mocy.
Przypadek Nestle jest bajką o wielkiej korporacji, która przemienia się w koszmar w ciągu kilku minut dzięki portalom społecznościowym. Wyobraźmy sobie, że teraz w domach mediowych klienci zaczną zamawiać kampanie oczerniające konkurencję reklamodawcy. W końcu coraz popularniejsze są viral spoofs, a wiele wzorów zachowań z offline przenosi się do online więc możliwe, że niedługo internet zaleją tego typu akcje.
Z przyjemnością uczestniczyłem Facebook Now i pamiętam jakie ogromne wrażenie robił na całym audytorium film o social media revolution, nadal jeden z najpopularniejszych viral’i - nr 5 na liście top 20 viral videos.
Teraz pomyślcie, że analogicznie do liczby fanów może wzrosnąć liczba antyfanów/przeciwników, a co gorsze krytykuje się znacznie swobodniej niż chwali.
Co więcej, konstruktywna krytyka (np. na fan page) może w prosty i szybki sposób zmienić fanów w przeciwników.
W mgnieniu oka dowiedzą się oni o każdym nowym wpisie, dzięki automatycznemu powiadamianiu i właśnie w taki prosty sposób fan page Nestle działa na niekorzyść koncernu.
Konflikt na linii Nestle- Internauci jest idealnym przykładem na to, że w dobie social media z konsumentami trzeba rozmawiać, a nie im cokolwiek narzucać, bo marketing wirusowy jest potęgą.
Czyżby przypomniał Wam się przypadek nabici w Mbank?
Dla zainteresowanych część wymiany zdań na facebook’u zaciągniętą z zagranicznego bloga możecie przeczytać poniżej:

krytyka nestle na FB
wiecej | brak komentarzy
Wtorek, marzec 23rd, 2010 | Maciek Kowalczyk
.. ale przestaje cenzurować.
2 miesiące temu Google tupnęło nogą i i zaczęło głośno się zastanawiać nad swoją dalszą obecnością w Chinach. Na łamach tego bloga, powątpiewałem czy wyszukiwarkowy gigant z Mountain View zdecyduje się na tak zdecydowany krok jak zakończenie działalności w Państwie Środka.

Zespół pracujący nad mechanizmem wyszukiwania w chińskim google razem z serwerami przeprowadził się do Hong Kongu. W Chinach pozostali sprzedawcy i programiści. Od wczoraj internauci wpisujący adres www.google.cn są przekierowywani na www.google.com.hk
Google przyjęło rolę dobrego wujka, który nie będzie więcej współpracował z łamiącymi prawa człowieka komunistami, ale 400 mln $ (szacowane jako roczne przychody Google z Chin) piechotą nie chodzi.
Kto jest ciekawy co o całej sytuacji pisze główny zainteresowany, może przeczytać na oficjalnym blogu google.
wiecej | brak komentarzy
Czwartek, marzec 18th, 2010 | Beata Zielińska
Czy LP służące do zbierania danych kontaktowych musi wyglądać tak, tak, albo tak?
Nie.
LP może działać z zaskoczenia, tak jak LP w kampanii nowej oferty netii. Spójrzcie tu.
Genialny copywriting, dodatkowo dobrze odegrany przez Tomasza Kota rzuca się na pierwszy plan, ale nie o tym miało być.
Spójrzmy nieco niżej - uwagę przykuwa napis STWÓRZ NOWEGO ZAWODNIKA. Po kliknięciu, nie dość że mamy super zabawę z ubieraniem Pana, to można mu nadać nick, osobowość w postaci zainteresowań, a także swój numer telefonu :). Formularz kontaktowy umieszczony w tak rozrywkowym kontekście już nie jest zwykłym formularzem, ale częścią zabawy. (Nie lubię call center, ale ta kampania napawa mnie taką radością, że mam ochotę porozmawiać z ludźmi, którzy biorą udział w tej kampanii po stronie CC Klienta.)
Dodatkowo mamy pozostający na każdej podstronie żółty przycisk WSPIERAJ NASZĄ LIGĘ. Kto by go nie kliknął?
Któż nie chciałby wesprzeć naszej ligii przed EURO 2012? Nie ma takich. Klikamy więc i przenosimy się do formularza zmówienia, w którym można kupić netię. Sam formularz nie jest już taki fajny, bo trzeba podać m.in: Nr Ewidencyjny TP. Właśnie leżę w łóżku z komputerem w pościeli. Jak myślicie, czy chciało mi się wstać, żeby sięgnąć po fakturę, żeby sprawdzić mój numer ewidencyjny…?
Łamanie schematów jest dobre. Zaskoczenie jest dobre. LP do zbierania danych nie musi być sztampą. Testujmy więc! Bądźmy zapamiętani jako oryginalni schematołamacze, a marka niech rośnie z nami
(chciałoby się napisać, rośnij Kliencie duży okrąglutki ;))

...nasza marka jak pączek w masełku :)
wiecej | brak komentarzy
Czwartek, marzec 4th, 2010 | Marcin
Zwykle piszemy na temat Internetu. Marketingu w sieci. Komunikacji promocyjnej. O wyszukiwarkach i ich zastosowaniach. Dziś będzie znacząco inaczej. Wejdziemy na chwilę do królestwa offline’u, gdzie królują inne rekiny.
Zatem mały disclaimer, artykuł ten nie ma formy edukacyjnej. Jest li jedynie peanem pochwalnym na temat sprawności marketingowej. Będę pisał o Burn ale analogiczne stwierdzenie można odnieść do Red Bull’a. Sprawcę całego zamieszania spotkałem na stacji. Wracaliśmy z meczu Jagiellonia - Korona. Zatrzymaliśmy się na stacji aby kupić kawę i oto moim oczom ukazał się on:

Burn shot. Red Bull ma analogiczne. Mała buteleczka - 50 ml. Cena zapytacie. Siedzicie ? Na pewno. Ok, na Orlenie było to 3,99. Taka sama jest cena sugerowana. Zanim zastanowimy się czy jest to bardzo drogo czy jedynie drogo skupmy się na opakowaniu.
Burn shot (ma inną formułę, mocniejszą) ma 50 ml. Z tego co wiem zwykły Burn ma 250 ml. Cena Burna na stacji (strzelam) to 6 zł. Pojemność shota jest jedną piątą pojemności puszki. Przyjrzyjmy się relacji cenowej. 4 zł nie jest jedną piątą z 6 zł. Genialne ! Shot wygląda tak dobrze, że (sam staram się rzadko pić) aż chce się go kupić. Zatem dzięki jedynie, zmniejszeniu opakowania jesteśmy w stanie wykreować zupełnie nowy produkt. Nie twierdzę, że twórcy ot tak przy kawie, wpadli na pomysł zmniejszenia opakowania. Zapewnie były badania - stąd nazwa, shot - z czym wam się kojarzy ?
A nie mówiłem, że to zupełnie inne akwarium. Człowiek siedząc w gąszczu CPC, QS, CTR… zapomina często, że jest realny świat. Właśnie mała 50 ml buteleczka Burna, przekuła mój balonik… i przypomniała o pokorze. Internet może jest fajny ale prawdziwy, realny marketing ISTNIEJE i ma się dobrze.
A na koniec malutka dygresja. Czy ktoś czytając ten artykuł zadał sobie trud by policzyć cenę litra rzeczonego napoju. 20 shotów x 4 zł = 80 PLN. Czyli woda, z cukrem, z kofeiną (plus inne ukryte dodatki) jest w cenie dobrego alkoholu :-). Słabo ?
wiecej | dodaj komentarz (3)
Niedziela, luty 7th, 2010 | Beata Zielińska
Niespójność definicyjna to problem wielu dziedzin nauki. Doskonałym przykładem jest psychologia. W pracach badawczych przed opisem koncepcji należy napisać w jakim nurcie jest prowadzone badanie i wyjaśnić główne definicje, bo w każdej koncepcji teoretycznej są one rozumiane nieco inaczej. Problem ten nie jest obcy i praktyce. W marketingu afiliacyjnym częstym modelem rozliczenia jest płatność za unikalnego użytkownika. Czy jest to definicja jednoznaczna? Nie. Jest unikalna niemal dla każdego z naszych Wydawców (a i wśród domów mediowych zdaje się, że nie jest to ostra definicja).
Gemius definiuje unikalnego użytkownika jako “liczbę użytkowników (cookies)” (ang.: unique users), czyli liczbę cookies, które w danym okresie zarejestrowano na witrynie (Źródło)
W system3 unikalnego użytkownika traktujemy per powierzchnia reklamowa. Czyli jeśli ktoś kliknął w reklamę system3 na danej witrynie dziś (i zakładamy, że nie kasuje ciasteczek) to przez miesiąc kolejne kliknięcia na tej samej witrynie nie będą zliczane z tego IP.
Pewien dom mediowy bardzo enigmatycznie definiuje unikalnego użytkownika (powołuje się w pracy na Gemiusa, ale nie widzę w podanej definicji zbieżności z definicją podaną wyżej). Dom ten pisze: Unique users jest to suma pojedynczych użytkowników, która w ciągu 1 miesiąca korzysta z danej strony www. (Źródło) (Pojedynczych? To znaczy że jak druga osoba siedzi ze mną przed komputerem, to już nie jestem unikalnym użytkownikiem?)
Szczęśliwie dwie sieci reklamowe mają spójną definicję unikalnego użytkownika rozumianego tak naprawde jako cookie, co jest spójne z gemiusem i naszą system3 definicją. Nie jest jednak tak kolorowo. Unikalność (cookie) może być liczona np. per powierzchnia reklamowa, jak w system3, ale może być również mierzona w danej sieci witryn. Czyli jeśli kampania jest prowadzona na 15 witrynach, kliknięcie w reklamę na jednej z nich powoduje, że kolejne kliknięcia na pozostałych 14 witrynach nie będą liczone.
Inna unikalność użytkownika, z jaką się spotkałam, to unikalność per views (dopiero unikalne kliknięcie jest rozumiane per cookie) – taką definicję ma pewien bardzo popularny w Polce komunikator
Diabeł tkwi w unikalności
a im głębiej w las, tym więcej drzew…ale za to ile zabawy
Na zakończenie, w nawiązaniu do marketingu afiliacyjnego i wpisu Agnieszki fota:

diabeł tkwi w szczegółach, a program partnerski jest jak kot :)
wiecej | brak komentarzy