Otóż dosyć sporo. Ma bezpośredni wpływ na to ile klikamy w daną pozycję w SERPach. Jak to się dzieje? Spójrzcie na poniższy wykres pochodzący z artykułu na seoresearcher.com, przedstawiający m.in. procent kliknięć w daną pozycję na pierszej stronie wyników wyszukiwania Google.
Badanie to było robione w 2006r. Chciałbym abyście zwrócili uwagę na procent kliknięć na miejscu 7 (0.36%). Skąd ten niski wynik?
Poniższa tabelka pokazuje ilość widocznych wyników wyszukiwania przy danych rozdzielczościach, bez przewijania belki pionowej (stary layout Google, bez PPC, bez universal search):
W okresie, w którym przeprowadzano badanie praktycznie nie używano rozdzielczości ekranów, które kończyłyby się na 7 wyniku/pozycji (co będzie widać w niżej umieszczonych statystykach). Nie dziwi więc fakt, że użytkownicy spoglądali i klikali w pozycje 6, ewentualnie zjeżdżali na dół i klikali na spodzie SERPów.
Poniżej przedstawiam wykresy pokazująco kolejno jak zmieniały się rozdzielczości użytkowników w poszczególnych, ostatnich latach. Wykresów tych nie należy uważać za reprezentatywne. Mają one jedynie dawać pewien obraz sytuacji.
Rozdzielczości ekranu, maj 2007
Rodzielczość ekranu, maj 2008
Rozdzielczości ekranów, maj 2009
Rozdzielczości ekranu, kwiecień 2010
Co pokazują nam te statystyki? W maju 2007 ok. 73% użytkowników używało rozdzielczości, która pozwalała im widzieć nie więcej niż 6 pierwszych wyników, w maju 2008 było to ok. 72%, w maju 2009 - ok. 61%, w zeszłym miesiącu ok. 63%. Wzrost rozdzielczości postępował wraz z pojawianiem się panoramicznych monitorów 22 calowych i większych. Spadek z kolei to wzrost popularności netbooków.
Rozdzielczości, a czas obecny
Czy warto w ogóle patrzeć obecnie na rozdzielczości ekranów? W tej chwili trudno znaleźć SERPy, które nie zawierałyby universal search (obrazki, video, mapy, newsy itd.). Mało tego, trudno znaleźć SERPy nie zawierające linków sponsorowanych. Kilka dni temu zmienił się layout wyników wyszukiwania Google, zmieniając nieco ilość widocznych wyników dla określonych rozdzielczości. Dla nowego layout tabelka wygląda tak:
Rozdzielczości, nowy layout Google
Mniejsza liczba widocznych wyników przy najniższej rozdzielczości wynika z tego, że góra layoutu została poszerzona. Większe liczby przy kolejnych rozdzielczościach to wynik zagęszczenia obszaru wyniku wyszukiwań. Niemniej rozdzielczością ‘* x 600′ nie ma zbytnio sensu się przejmować. Liczba użytkowników, mających tak ustawiony ekran jest marginalna.
Pozostaje nadal postawione pytanie ‘czy warto..?’. Uważam, że tak. Nadal zdarzają się wyniki (nie znam niestety ich ilości) bez universal search, a jeżeli są, to należy na nie zwracać uwagę, także w kwestiach rozdzielczości. PPC nie wyświetla się wszystkim, adblockery skutecznie je blokują.
Warto pomyśleć do kogo kierujemy naszą stronę. Jeśli naszym targetem będą np. przedstawiciele handlowi, może wówczas warto skupić się na rozdzielczościach “netbookowych”. Pożądanymi miejscami wówczas 5 pierwszych pozycji w SERPach. Z kolei, jeśli ofertę kierujemy dla grafików, możemy się spodziewać, że będą oni widzieli wszystkie pozycje z top10. Często używają oni bowiem dużych monitorów.
Chciałbym, aby te przemyślenia były przeciwwagą dla głosów mówiących, że wprowadzenie obrazków, video, map i innych wyników do searchu, każe obierać sobie za cel, nie poszczególne pozycje, a 1 stronę wyszukiwań jako całość. Nadmienię dodatkowo, że nie wchodziłem w obszar mobile searchu, który może stanowić kolejny temat. Nie brałem też pod uwagę personalizacji, która nakazuje patrzeć na osiągnięcia poprzez efekt ruchu, a nie pozycji.
Dzisiaj zaczynamy nowy cykl SEO dla początkujących: słownik pojęć związanych z SEO i Internetem.
Zaczynamy od tezy – pozycjonowania, antytezy – depozycjonowania i syntezy, czyli pojęć związanych z Wielkim Bratem Googlem.
# Pozycjonowanie: koń jaki jest każdy widzi
Nie ma lepszego ćwiczenia na pozycjonowanie, niż wybrać sobie jakieś dziwne słowo i pozycjonując się na nie umieścić swoją stronę w rankingu tak wysoko, jak się tylko da. Przykładem może być coś co już istnieje (np. nanorurki węglowe), albo coś co nie istnieje (np.: nigritude ultramarine).
Czasami w swoim Analitycsie widzimy, że wcale nie musimy tego robić, bo już mamy różne przypadkowe i nietypowe słowa, które sprowadzają nam ruch an stronę.
# Googlebombing
Takim dziwnym słowem często bywa np. „kretyn”, tylko że bywa częściej wykorzystywane do promowania stron innych niż własne, zwłaszcza stron polityków. Słowa kluczowe tego typu mogą się okazać dużo prostsze dla początkujących SEOwców, bo kretyn nie jest kategorią śmierci, tak jak odżywki, praca czy opony.
Gorzej jest jeżeli ten kretyn przylgnął jednak do naszej strony wyborczej, albo jacyś oszuści do naszego (m)banku. Wolność słowa też ma swoje granice, dlatego początkujący SEO musi też wiedzieć jak pomóc Googlowi walczyć z googlebombing i jak zdepozycjonować stronę. Polecamy tekst Matta Cuttsa na temat rozbrajania bomb.
#Depozycjonowanie
Przez depozycjonowanie nie rozumiemy jakiś nielegalnych praktyk t.j. tworzenie kopii strony, czy linkowanie jej do złego otoczenia tak jak w zupełnie fikcyjnej historii na blogu shpyo. Nie działa też tłumaczenie się i pisanie sprostowań, bo przez to w Internecie jest jeszcze więcej treści na ten temat, a zainteresowanie internautów jest jeszcze większe.
Wystarczy wypychanie feralnego serwisu z pola widzenia użytkowników na pierwszej stronie wyników poprzez elementy graficzne, video, AdWords i poprzez pozycjonowanie innych stron. Dobry tekst o tym znajdziecie tu.
# Google Holiday War
Ostatnia była wczoraj (9 maja 2010). O co chodzi? Z okazji specjalnych okazji Google przygotowuje specjalne logo. Czasami jednak więcej niż jedno święto przypada danego dnia i Wielkie Brat musi wybierać czy świętować Walentynki, olimpiadę czy chiński Nowy Rok. Czasami nie musi, bo niektóre święta są lokalne np. wczoraj Amerykanie obchodzili amerykański Dzień Matki, a Brytyjczycy rocznice śmierci autora Piotrusia Pana.
My, Polacy, chętnie wychodzimy z założenia, że ludzie, którym pofarciło się (po polsku - udało się - dop. redakcja) w życiu bardziej, niż nam, zawdzięczają to “szerokim plecom”… Abstrahując od analizy kondycji społeczeństwa i jego frustracji, niewątpliwie istnieją osoby, których sukces niezaprzeczalnie opiera się na mocnych plecach - i nie chodzi mi tu tylko o kulturystów, czy innych osobników zawodowo zajmujących się podnoszeniem, przerzucaniem, tudzież używaniem siły w mniej pokojowych zamiarach, niż te wymienione.
“Plecom” sukces zawdzięcza pozycjoner. Chodzi mi oczywiście o zaplecze, czyli własną, dedykowaną sieć witryn z unikalną treścią, z której linkujemy stronę docelową. W tym konkretnym wypadku nie możemy mieć wątpliwości, co do etymologii słowa “zaplecze” - mnie przynajmniej kojarzy się dużo bardziej z mocnymi “szerokimi plecami”, niż kanciapą mieszczącą bałagan i szczotki. Nie zajmuję się jednak przeważnie zawiłościami języka (chyba, że zaplącze mi się własny), ale właśnie produkowaniem wartościowych linków - na tym więc się przez chwilę skupmy.
Pozycjonowanie to w dużej mierze proces oparty na obsłudze automatycznych systemów wymiany linków, które wiele robią za nas, i - jak to roboty - robią to szybciej, sprawniej, a przy tym rzadko czują się tak znudzone lub zmęczone jak żywy pozycjoner. Zdarzają się jednak wypadki, kiedy posiadanie witryn zapleczowych staje się koniecznością, bo zmusza nas do tego zapis w umowie, ogrom projektu, obawa przed rychłym zbanowaniem nas przez Google’a lub niespodziewane nawrócenie. Roboty wyszukiwarek nie lubią SWLi (i z wzajemnością?), a nam jakoś specjalnie nie zależy na rozpętaniu konfliktu między dwoma przejawami sztucznej (prawie) inteligencji - szczególnie, że ucierpi na tym klient i my. Powody mogą być różne…
Przyjrzyjmy się naszym plecom od strony treści.
Zaplecze powinno być powiązane tematycznie z treścią pozycjonowanego serwisu. Jeżeli serwis klienta dotyczy produktów finansowych, tworzymy blogi poświęcone pożyczkom, kredytom, giełdzie, et caetera. Pamiętajmy o siódmym przykazaniu (szczególnie, jeśli dotknęło nas wspomniane wyżej nawrócenie) i nie kradnijmy tekstów! Mało tego, dobrze jest oznaczyć nasze teksty jako kanoniczne i uważać na dystrybucję naszych treści RSS’em, często używanym do zasysania cudzej własności intelektualnej. Obowiązują wszystkie reguły optymalizacji treści, jak w przypadku samego serwisu, do którego zaplecze linkuje. Nie odpuszczajmy sobie, skoro i tak poświęcamy nasz czas na stworzenie strony zapleczowej, to powinna być ona merytorycznie poprawna. Pamiętajmy, że wartościowa witryna może nam przynieść dodatkowy ruch, a przez to chociażby zysk z systemów takich jak AdSense lub z programów partnerskich.
A teraz obróćmy się i spójrzmy na plecy od strony technicznej.
“Obracanie się” to tylko zabieg stylistyczny, wiem, że z drugiej strony pleców znajduje się raczej klatka piersiowa… chyba, że mamy akurat do czynienia z obiektem typu “z tyłu deska…” itd. Ad rem.
Wskazane byłoby rozejrzenie się za profesjonalnym hostingiem, takim, który zapewni nam dużo różnych adresów IP. Oczywiście nie wspominam o tym, że powinien być możliwie szybki i stabilny, żeby Google zbyt często nie oglądało naszych błędów 404. Jeżeli nie mamy możliwości zakupu tzw. SEO hostingu, kupujemy konta u różnych dostawców.
Kolejną rzeczą są domeny. Potrzebujemy ich również sporo, żeby ograniczyć stawianie podobnych stron w subdomenach. Skoro mamy już w koszyku artykuły pierwszej potrzeby, musimy się zaopatrzyć w clue całej sprawy, czyli dobry system zarządzania treścią. Wielkim powodzeniem cieszy się przeznaczony początkowo tylko do blogów skrypt WordPress, którego możliwości konfiguracji, prostota i mnogość pozycjonerskich wtyczek stawiają na szczycie mego prywatnego rankingu tego typu systemów. Popularne są ciągle Joomla, Mambo, PostNuke… Kilka ciekawych skryptów opisał na swoim blogu Mendax. Ważne, aby w ramach jednej domeny nie stawiać kilku identycznych skryptów, nawet przerobionych. “Obok” zawsze można postawić jeszcze jakąś bazę opartą na phpmyclassifieds, czy porządny, moderowany katalog.
Skoro CMS działa, wypełniamy naszą witrynę zoptymalizowaną treścią, pingujemy i… potem najlepiej idźmy na obiad, czekając aż się zaindeksuje. Jeżeli nie zrobi tego w miarę szybko, możemy się przespać - dopiero potem powinniśmy wrzucić linki do serwisu klienta.
O tanjnikach pozycjonersko poprawnej konfiguracji WordPressa, najlepszych wtyczkach i mało znanych możliwościach szeroko rozpiszemy się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Tak szeroko, jak szerokie są nasze plecy
Dlaczego by nie użyć systemu afiliacyjnego do prowadzenia badań internetowych?
Takie badania można zrealizować na zasadzie programu partnerskiego. Jak?
Rekrutacja osób badanych
Zaproszenia do badania mogą być przygotowane w formach jakich używa się standardowo w programie partnerskim, czyli: linki tekstowe, pliki .gif, .jpg, .swf, .html. Zaproszenia te będą udostępniane Wydawcom, a Ci będą mogli je umieszczać na swoich stronach internetowych. Zaproszenia będą więc skierowane np. do wszystkich użytkowników stron internetowych (w przypadku badania całej populacji osób korzystających z internetu), na jakich się pojawią. Zapewni to względną losowość doboru próby, zakładając, że w badaniu nie będą brać udział tylko znajomi właścicieli witryn
Uczestnicy badania i dobór próby
W zależności od celu badania, zbieramy dane tylko od osób dorosłych, albo tylko od osób w konkretnym wieku (znając dane site centric danej witryny). Możemy również badać dzieci, oczywiście tylko za pozwoleniem rodziców (więcej o etyce badań tu). System partnerski zapewnia także możliwość połączenia danych z kwestionariusza, np. wieku i płci, z adresem strony WWW z jakiej strony przyszedł użytkownik, co może stanowić źródło dodatkowych informacji podczas analizy danych.
Kontrola dostępu
Kontrola dostępu do badania będzie możliwa dzięki śledzeniu w systemie partnerskim wszystkich akcji, jakimi będzie zakończenie badania przez osobę badaną. W przypadku małych prób oszustwa (kiedy osoba badana chciałaby kolejny raz, np. wypełnić kwestionariusz wchodząc na stronę wpisując ręcznie adres www) i sprawdzić ponownie swój wynik zostawiając maila, w systemie zapisze się akcja pochodząca z tej samej godziny kliknięcia co akcja poprzednia – takiego użytkownika możemy odrzucić i nie włączać jego wyniku do analizy badania. Można po przejściu użytkownika na LP dorzucić wymuszenie ręcznego logowania, dla podwyższenia stopnia realizacji próby, ale wierzę że w zamian za np. informację zwrotną i podanie e-maila, nasze osoby badane, będą lojalnie kończyć badanie a Wydawcy otrzymywać dodatkowe wynagrodzenie za zostawienie adresu
Rozwiązanie w przypadku ograniczenia dostępu do Internetu
Dzięki zastosowaniu software’u programu partnerskiego nie tracimy możliwości zliczania udziału w badaniu osób, które miały problem z dostępem do Internetu w czasie trwania badania. Po kliknięciu w kreację, w cookies użytkownika zapisują się parametry, które umożliwiają zliczenie się wykonania badania po ręcznym wpisaniu adresu strony WWW z naszym badaniem.
Dodatkowe aspekty rozwiązania?
W systemie partnerskim, oprócz widoku ilości osób, które przystąpiły do badania, możliwe jest (po wcześniejszym oprogramowaniu strony docelowej) dodatkowe śledzenie na bieżąco wyników uzyskanych w testach, czasu jaki minął od kliknięcia w zaproszenie do zakończenia badania. W łatwy sposób można także dopasować numer osoby badanej (w sklepach internetowych tzw. OrderID ) do odpowiedzi, np. w teście twórczości, co ułatwi analizę zebranych wyników.
Ostatnie najważniejsze – wynagrodzenie dla Wydawców
Pojawia się tu problem wynagrodzenia Wydawców za emisję zaproszeń do badania. Wynagrodzeniem może być opłata od zakończonego badania, w którym użytkownik wypełnił wszystkie jego części, a układ odpowiedzi w arkuszu nie wskazuje na przypadkowość wypełniania, np. zaznaczone wszystkie pierwsze odpowiedzi. W zależności od wysokości budżetu, wynagrodzeniem może być również opłata za kliknięcie w zaproszenie (model rozliczenia zwykle preferowany przez Wydawców…). Ale to oczywiście zależy od tego, czy Wydawca ma jakikolwiek wpływ na to jakie osoby biorą udział w badaniu, albo czy organizator ma możliwość kontrolowania tego i ustalenia sensownego modelu rozliczenia.