W sieci pojawiła się informacja o zmianie indeksowania parametru rel=”nofollow”. Możecie o tym przeczytać m.in. na interaktywnie.com. Nie będę pisał o znaczeniu tego parametru. Takie informacje znajdziecie również we wspomnianym artykule. Eksperci SEO przedstawiają swoje opinie, jaki może mieć to wpływ na całą branżę. Ja postaram się w następnych słowach dywagować też troszkę o tym.
Zamiarem zniesienia blokowania przenoszenia mocy linków dla nofollow jest walka z coraz bardziej rosnącym spamem. Intencją Google jest także przeniesienie mocy linków z dużych serwisów typu Onet, Gazeta, gdzie często są cytowane treści z innych stron, do których hiperłącza opatrzone są przez nofollow.
Zamiary ze wszech miar słuszne jednak czy przełożą się one na wyniki? Swoją podejrzliwo malkontencką naturą widzę już dziurę w całym:)
Odnośnie spamu – usuwając ze stron spamerskich parametru nofollow na części linków spowoduje obniżenie ich wartości. Co to będzie znaczyło dla spamerów? Ano będą być może musieli stworzyć kolejne strony spamy, tak by rozłożyć moc wychodzących linków na wiele stron. Efekt zatem odwrotny do tego, co chce osiągnąć Google. Oczywiście istnieje prawdopodobieństwo, że taka sytuacja nie będzie miała miejsca. Jednak znając zdolności asymilacji rodzimej branży jest to możliwe.
Odnośnie przenoszenia mocy linków z dużych serwisów. Serwisy te mogą, w obawie przed spadkiem wartości ich stron, całkiem zrezygnować z umieszczania linków do cytowanych treści. Będzie zatem to również rezultat odwrotny do tego, do czego dąży Google. Eksperckie blogi – najczęściej cytowane obecnie w dużych serwisach, miast zyskać na zniesieniu znaczenia nofollow, mogą na tym stracić (użytkownicy chętniej klikają w aktywny link, niż trudzą się przeklejaniem adresu do przeglądarki).
Przedstawione wyżej sytuacje są czysto hipotetyczne i być może w ogóle nie będą mieć miejsca. Jedno jest jednak pewne. Zmiana znaczenia parametru nofollow spowoduje przynajmniej mini burzę w światku SEO.
No i muszę zakończyć, tak jak to jest w przypadku wielu spraw dotyczących pozycjonowania – czas pokaże:)
Dzisiaj tak króciutko na temat reklamy dynamicznej w grach. Skoncentruję się tylko na pokazaniu poprzez grę Bournout Paradise możliwości IGA. Filmik wskazuje na jeden niezaprzeczalny fakt - reklamy w grach naprawdę nie mają ograniczeń. Mogą być wszędzie na każdym przedmiocie, ścianie budynku, samochodzie itp. . Gdzie tylko chcemy. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć jaki jest to potencjał jeżeli chodzi o planowanie kampanii. Doliczmy do tego piękną grafikę w grze ( w Counter Strike nie są takie ładne ) i reklamy stają się arcydziełami. No dobra może trochę przesadziłem, ale przyznacie, że robi wrażenie .
“Nadchodzi nowa era” - stwierdzenie to jest często nadużywane. Oglądając pierwsze sekundy prezentacji Google Wave myślałem podobnie. Powiem szczerze, że byłem nastawiony dość sceptycznie. Nawet bardzo sceptycznie. Przeraziła mnie też długość prezentacji - GODZINA DWADZIEŚCIA to w Internecie wieczność. Jednak zacisnąłem zęby, przygotowałem herbatę i oglądałem dalej..
Po obejrzeniu prezentacji mogę stwierdzić…. WHHHHHOOOOOOOOAAAAAAAAAAAAAA. A teraz kilka powodów dlaczego (acha sensowność tych uwag, będzie lepsza w momecie gdy obejrzy się CAŁY film) :
- Google Wave jest nową metodą komunikacji. Sami prezenterzy, stwierdzili, że jest to e-mail ale wymyślony od nowa. Jakkolwiek słabo i obrazoburczo to brzmi, to jest to zbliżone do prawdy. Cytując developerów, prezentujących możliwości Google Wave - “cały czas się uczymy jak to wykorzystywać”.
- Wave będzie Open Source - sic ! sic ! sic ! To tak jakby Microsoft wypuścił Windowsy, z otwartym kodem. Wave będzie można instaliować na własnych serwerach :-). I nic nie będzie musiało iść do Google. Za darmo. Czy to nie fajne ?
- Wave jest protokołem… a to co napisalo Google (klient Wave) będzie mógł być napisany przez każdego od podstaw… to jest chyba największa miazga. Dlaczego? Bo moim zdaniem, z Wave’a będzie można zrobić system operacyjny, wewnątrz przeglądarki. Zakładam, że firmy (developerzy nie będący Google, albo nawet samo G) będą udostępniać środowisko Wave jako “wirtualny pulpit” dostępny z każdego miejsca na świecie, przez każde urządzenie… i po co komu Windowsy ? A jeżeli Internet rozwinie się tak, że będzie można odpalać gry przez Internet, zainstalowane na naszym wirtualnym serwerze… to Mircrosoft może zacząć się bać.
- Wave może komunikować się z innymi aplikacjiami i trakotwać je wewnętrznych klientów swojego protokołu - innymi słowy, można dodać Twittera do Wave’a i używać go (Twittera) z wewnątrz Wave’a ! (pewnie Facebook’a też będzie można tak podpiąć… itd, wszystko w jednym miejscu, pod jednym loginem i hasłem :-).
Jeżeli twórcom Google Wave uda się wprowadzić zamierzenia w życie, to moja mina przypomniać będzie coś takiego:
Jako, że dzisiaj przypada polska premiera 4 części światowego przeboju kinowego – Terminator, postanowiłem bliżej przyjrzeć się promocji i oprawie nowych przygód Johna Connora w Internecie.
Do dyspozycji miłośników tytułowego cyborga są 2 wersje strony: stworzona na potrzeby polskiego widza oraz amerykańska wersja ulokowana na domenie producenta – Warner Bros Studio.
Tutaj autorzy naprawdę się postarali. Zarówno polska jak i amerykańska wersja strony znakomicie oddają klimat filmu – mroczne grafiki, ciekawa nawigacja, dobrze dobrana muzyka no i masa gadżetów: filmy, gry, widgety.
Poza funkcją informacyjną wyraźnie widać w tym wypadku próbę zbudowania społeczności wokół filmu. Obie wersje strony zawierają onlinowe gry, dostępne po zalogowaniu, które jednak nie przypadły mi do gustu.
Turowa pseudostrategia, której sensu pomimo usilnych starań, nie potrafiłem znaleźć oraz platformówka z beznadziejną nawigacją i grywalnością, na pewno nie przyciągną potencjalnego widza na dłuższą chwilę, mało tego, mogą wprowadzić go w stan irytacji, pod wpływem której, gotów jest w ogóle zrezygnować z obejrzenia filmu (ze mną prawie się udało). Zabrakło mi tutaj jakiegoś prostego shootera FPP, czyli tego, co niedźwiadki lubią najbardziej, a co w największym stopniu nawiązywało by do tematu filmu i oddawało jego charakter.
E-społecznościowe i wirusowe intencje marketerów widać również w innych działaniach i projektach:
*FaceBookowa gra z nagrodami (nagroda główna – prywatny seans „Terminator Salvation” – straszna bieda jak na taki budżet i zasięg kampanii) – kolejna nudna jak flaki wołowe gra turowa, której zasad nie udało mi się doczytać do końca
*Twitterowa gra logiczna polegająca na odszyfrowywaniu wiadomości – nie dla mnie, prostego chłopaka, który najbardziej lubi niewymagające myślenia krwawe jatki, w których krew z ekranu bryzga po całym pokoju
*Strona SkyNet – firmy zajmującej się sztuczną inteligencją, od której ponoć wszystko się zaczęło (możemy tutaj dzięki globalnej sieci SkyNet połączyć się z innymi jej użytkownikami, którzy w większości dołączyli już do ruchu oporu i akurat dziwnym zbiegiem okoliczności, wszyscy w czasie rozmowy z nami są atakowani przez T1000)
Do promocji filmu, dochodzi jeszcze premiera gry na PS3 – nie miałem przyjemności się nią pobawić, jednakże bazując na komentarzach i recenzjach znalezionych w sieci, jest ona miernym uzupełnieniem dość słabej promocji filmu online.
Podsumowując, marketerzy odpowiedzialni za promocję filmu wykorzystali większość narzędzi, jednakże sposób ich wykorzystania pozostawia wiele do życzenia. Mamy tu doskonały przykład przerostu formy nad treścią, tworzenie gadżetów dla samego ich istnienia. Autorzy zastosowali kilka ciekawych pomysłów promocji, jednakże nawet w połowie nie wykorzystali ich potencjału, szkoda.
Co robi 27-letnia matka 10-letniego chłopca, aby zarobić i jednocześnie móc spędzać więcej czasu z dzieckiem? Zaczyna sprzedawać kosmetyki na ebay. Na co się decyduje kiedy sprzedaż rozkręca się, a przyszłe i obecne klientki zaczynają zadawać coraz więcej pytań na temat zastosowania produktu? Zakłada swój własny kanał Youtube i zamieszcza tam filmiki instruktażowe, które pozwalają jej uniknąć ciągłego odpisywania na maile. Czy jedyna wymierna korzyść i efekt takiego posunięcia to oszczędność czasu? Nie!
W efekcie to ponad 40 milionów wyświetleń prawie 200 filmów, ponad 220 000 subskrybentów i własna linia kosmetyków Lauren Luke, która na początku 2007 roku była tylko odległym marzeniem. Zamieszczone rok temu video pokazujące jak zrobić makijaż zainspirowany brytyjską piosenkarką Leoną Lewis wygenerowało 2 662 023 wyświetleń i było punktem zwrotnym w karierze samotnej matki.
Czy sukces spowodował, że kanał panacea81 już zniknął, a Lauren jest tylko twarzą nowej linii kosmetyków ? Też nie!
Obecnie Lauren można spotkać także na stronie marki Barry M, Facebook, Twitter, Myspace, Filckr, Videojug oraz stronie Guardian! Ostatnio na swoim profilu na Youtube logowała się 4 godziny temu, najnowszy tutorial jest sprzed 2 tygodni, a film ogłaszający zwycięzców konkursu z wczoraj.
Chyba można to podsumować zdaniem “Content is the king”!
Zainspirowany? Do dzieła! Twój klient też pewnie potrzebuje pomocy!