Jest taka chwila 2
po świętach
Jest taka poświąteczna chwila kiedy jedni wracają do pracy …
, inni nie mają jeszcze na to siły …
, a CTR’y i CR’y dopiero zaczynają odżywać.
Jest taka poświąteczna chwila kiedy jedni wracają do pracy …
, inni nie mają jeszcze na to siły …
, a CTR’y i CR’y dopiero zaczynają odżywać.
Jest taka chwila, że ludzie zwalniają, przestają myśleć o pracy. Po prostu odpoczywają… i nie myślę tutaj o sobocie ani niedzieli :-). Chodzi mi o ŚWIĘTA. Ale zanim nadejdą te najfajniejsze święta, rodzinne, ze śniegiem (koniecznie!), spacerem i lenistwem umysłowym, zwykle w firmach obchodzi się tzw. Wilgilię Firmową. ACR nie jest wyjątkiem.
Założenie było jedno - każdy przynosi danie (Adam przyniósł masło, które podobno sam zrobił, ale nie wiem czy to się liczy). Inni poszli jednak w bardziej klasyczne propozycje i na naszym stole znalazło się miejsce dla barszczu, kutii, sałatek (śledziowej oraz serowej) a także dla gwiazdy stołu ręcznie-robionych-wypełnionych-marmoladą-rogalików-Marcina-W. (były pyszne).
Zdjęcia w konwencji Noir, od naszej fotograf Ani Wieckiej (wszystkie są tutaj). Natomiast wyciągając co ciekawsze zdjęcia poniżej.
Przed samą Wigilią - zamykanie tematów.
Ja, zostałem przyłapany na podkradaniu jedzenia, w celu kompulsywnego zaspokajania swoich potrzeb.

Inni natomiast rozmawiali z rybkami. W końcu była to Wigilia.
Później było jedzenie, prezenty i kolędy
Prezent ten sam, ale różna reakcja ?
Rozmowa o przyszłorocznych celach
?

I druga strona stołu. Już chyba najedzona
A na koniec, wszystkim wytrwałym czytelnikom tego bloga chciałem życzyć właśnie Rodzinnych, Leniwych, Śnieżnych i Roześmianych do Rozpuku Świąt w imieniu ACR i swoim. Do zobaczenia w Nowym Roku !
Zastanawia mnie to dlaczego zaczynam to pisać. Jest 16.57, wtorek, 2 grudnia. Przecież zalegam ze slajdami do Ilony. Ania jest na urlopie więc jest dziś urwanie głowy z masą papierów. Myślę, że wystawianie faktur mogłoby zabić entuzjazm u psa, który ujrzał swojego pana po miesięcznej przerwie. Ogon by nie latał. Po prostu śmierć. Tak się mniej więcej czuję teraz ja, więc chciałem wrócić do miłych chwil.
Miłe chwile rozpoczęły się ok. 5 nad ranem. Wstać nie było łatwo, budzik dzwonił jakby sam był zaspany. Po 30 minutach mocowania się z sobą udało mi się dotrzeć do łazienki znajdującej się w linii prostej jakieś 2 metry od łóżka. Tak swoją drogą, można by wprowadzić nową konkurencję olimpijską - kto wolniej dotrze do łazienki. Myślę, że byłbym w stanie załapać się do reprezentacji Polski.
Po walce z nocnym zmęczeniem i zbiórce o 6.00 pod Pałacem udaliśmy się w miejsca zakoszarowania. Podróż pomimo pogody, chcącej powiedzieć nam “zawróćcie, nie jedźcie!”, minęła bez większych problemów. Po drodze udało się nam odwiedzić przydrożną kawiarnię serwującą pyszne ciastka.

Na miejsce dotarliśmy jako druga ekipa. Część z nas rozgościła się tak bardzo, że miała czas na sesje fotograficzne jeszcze przed rozpoczęciem integracji. Agnieszce, co widać na poniższym zdjęciu bardzo podobało się łóżko (po naszym wyjeździe mieliśmy informacje, że ekpia sprzątająca zgłosiła brak jednego łóżka, jednak łączenie tego z Agnieszką uważamy za mocno przesadzone!).

Później skończyły się żarciki. Skończyły się przechwałki. Nadszedł czas aby oddzielić chłopców od mężczyzn a ziarna od plew (nie wiem od czego oddziela się kobiety, ale mniejsza o to). Rozpoczął się trening. Oczywiście nie wyciskaliśmy żadnych ciężarów. Trening odnosił się do naszych umysłów. Zadanie było ciężkie i wymagające - u niektórych po przeczytaniu poleceń, było można zauważyć nerwowy śmiech.
Co się okazało. Każdy z nas dostał się do zarządu fabryki. Zespół tworzący nowy zarząd miał za zadanie zapewnić uśmiech na kapitalistycznej twarzy właściciela (prawie jak w normalnym życiu, żarcik ;-), jako, że fabryka w roku poprzednim nie przyniosła zysków. Spokojnie, poprzedni zarząd nie skończył w rzece, co jest raczej pozytywne. Negatywne było to, że poprzedni zarząd już nie zarządzał. To dało nam do myślenia i walczyliśmy, przy pomocy dzielnych (i cierpliwych!) trenerów. Zabawa trwała, z przerwami 6 godzin. Przerwy składały się z kawy i papieroska :-).

Później przyszedł czas na publikację wyników. Okazało się, że każda z grup nadaje się do zarządu a nasze zaangażowanie w grę planszową zostało określone jako legendarne. Przed nami świetlana przyszłość… kwiaty, restauracje, wielbiciele…. ale rozmarzyłem się czas wracać do rzeczywistości.
Rzeczywistość, okazała się bardzo przyjemna jak i przyziemna. Po części oficjalnej rozpoczęły się tańce, hulanki i swawole. Oczywiście wszystko w ramach BHP.

Jak widać wszyscy dobrze się bawili. Tak dobrze, że pod koniec oddtańczyliśmy wszyscy co do jednego taniec wojenny :-).
Mój obowiązek kronikarski zmusza mnie aby wspomnieć, że zabawę zakończyliśmy około 4 nad ranem, po to by rześcy i wyspani wstać następnego dnia na kolejną porcję dobrej zabawy.
I to by było na tyle :-). Więcej zdjęć w wykonaniu Ani Wieckiej tutaj.
PS. Odpowiadając na pytania. Tak pisanie tej notki zajęło 10 dni. Ale tym czasie robiłem także inne rzeczy - pracowałem… etc. itd. itp.